Rodzina miejska

Blat  wielkanocnego stołu bywa często płaszczyzną odgradzającą od siebie dwa światy. Pierwszy świat jest powyżej. Konwencjonalna rozmowa o szkole, pracy, kupionym lub sprzedanym samochodzie i o dzieciach co się rodzą u sąsiadów.

Zdawkowe uwagi o gadających głowach z telewizora. Tusk i Kaczyński w samolocie, Obama Murzyn, Kevin sam w domu, Wołoszański był agentem - ten astronom, nie ciociu, ten astronom to nazywał się inaczej... Ci co siedzą przodem mają lepiej.

Różnic jest tu więcej niż podobieństw, ale w imię świętego spokoju ich się zbytnio nie podkreśla. Dowolny fragment, jeśli tylko go pogłębić, prowadzić może do odkrycia, że ci ludzie, co tu siedzą, żyją w kompletnie odmiennych rzeczywistościach i że po tej stronie stołu niewiele dzieje się rzeczy naprawdę dla nich istotnych. Trzeba jeść i wszystkiego spróbować – mówi gospodyni, bo potrawy szybko stygną.

Rodzina (miejska) - coś więcej niż znajomi

Krążył swego czasu w internecie taki filmik. Kilka komórek leży wokół ziarenek popcorna. Kiedy zaczynają dzwonić, sygnał działa niczym mikrofala i ziarenka pękają jak rozgrzane na patelni. Gdyby to było naprawdę możliwe, potrawy stojące na stole mielibyśmy wiecznie jak wyjęte prosto z pieca. Trwa przecież pod blatem gorączkowa aktywność bezwzrokowo wstukiwanych smsów. Bo jutro też święta. Może to będzie dzień lub dwa po oficjalnej Wielkanocy lub Zaduszkach, może godzina też nie będzie się tu zgadzać ze zwyczajem, ale spotkanie się odbędzie. Ktoś przyniesie barszcz w pudełku, ktoś pracowicie zbuduje sałatkę, ale białego obrusu raczej nie ma co się tu spodziewać. Za to nikt nie będzie tam pisał pod stołem. Będą ci, którzy chcieli ze sobą się spotkać, choć wspólnych przodków nie mają. Coś więcej niż znajomi i trochę coś innego niż przyjaciele. Bo przyjaciela miewa się jednego, albo dwóch, a tu mamy przyjaźń jakby z całą grupą naraz. To miejska rodzina.

Znajomych ma każdy z nas. Kilkanaście lat temu spece od marketingu z Amwaya wynajęli psychologów by znaleźć odpowiedź na pytanie jaki potencjał sprzedaży ma przeciętna osoba, która miałaby handlować jedynie z ludźmi których zna. Odkryto przy tej okazji, że każdy człowiek zna mniej więcej dwieście pięćdziesiąt osób. Ilość ta, co ciekawe, jest podobna, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z zamkniętym w sobie odludkiem, czy z osobą znaną jako dusza towarzystwa. Dwieście pięćdziesiąt osób z odchyleniem o nie więcej niż trzydzieści. Tylu ludziom każdy z nas jest w stanie zaproponować spotkanie na pół godzinki na mieście. To mamy wszyscy. Wszyscy też mamy bliższych znajomych, których można na przykład zaprosić na urodziny. Jeśli mamy takich więcej, można zebrawszy ich razem uzyskać efekt stolika z pękającym magicznie popcornem, ale też na takim spotkaniu może być w zasadzie miło. Towarzyskie imprezy zaliczane do w sumie udanych znamy wszyscy. Ale miejską rodzinę mają jedynie nieliczni. To grupa ludzi połączonych szczególnym, niepowtarzalnym rodzajem więzi. Porozumiewają się wspólnym, niedostępnym dla innych kodem. To im, nie rodzinie, z biciem serca przedstawiamy nowego partnera. To dla nich z końca świata przyjeżdżamy do miasta pochodzenia, by choć raz w miesiącu spędzić z nimi jeden wieczór. Są punktem odniesienia do oceny innych ludzi. Tych, co do klanu nie należą i nigdy nie będą.

Co ich łączy?

Miejską rodzinę łączy zwykle pewien specyficzny dla niej system wartości. Wybierając nową pracę, szkołę, partnera, film, samochód, mieszkanie, ciuch, plan wakacyjny czy książkę właściwie od razu wiemy, co oni o tym powiedzą. Wszystko to są przecież elementy pewnego stylu. A style, to wyobrażenie o tym, jacy chcielibyśmy być. Każda z miejskich rodzin ma preferowany typ estetyki i taki typ, na który reaguje alergicznie. Niektóre z takich rodzin tworzą własne powiedzonka.

Bywa, że powstały w nieznanych profanom sytuacjach system tajemniczych znanych grupie sformułowań latami do tego stopnia się rozbudowuje, że członkowie grupy mogą całkiem złożone komunikaty w niby-polskim języku przy innych wymieniać, mając gwarancję, że przez nikogo postronnego nie zostaną zrozumiani. Psychoterapeuta wie o nas dużo. Ale miejska rodzina wie o nas wszystko. I o nim. Być może jest ona namiastką czegoś, czym kiedyś bywały rodziny genetyczne. Punktem rzeczywistego, a nie tylko materialnego odniesienia. Grupa psychoterapeutyczna bywa tego protezą, ale ani miejskiej, ani genetycznej rodziny nie może do końca zastąpić.

Pokaż mi swoją rodzinę (miejską), a powiem ci kim jesteś

Bo do miejskiej rodziny nie każdy może się dostać. Większość nie może. Od wieków znane powiedzonko „pokaż mi swoją rodzinę, a powiem ci kim jesteś” właściwie należałoby zmodyfikować. Pokaż mi swoją genetyczną rodzinę, a powiem ci przez co przeszedłeś. Ale dopiero kiedy zobaczę twoją miejską rodzinę, będę wiedział kim, po tym co przeszedłeś, jesteś. Najistotniejszą różnicą między rodziną miejską i genetyczną jest chyba to, że miejska nie może trwać wiecznie.

Kiedy trzeba przedstawić go rodzinie (miejskiej)

Istnieje potężny konkurent. Uważni widzowie filmów, w których zbiorowym bohaterem bywa taka grupa zauważą na pewno, że większość występujących tam osób to single. Sztandarową postacią takich telewizyjnych produkcji jest gej. Spotkania odbywają się zwykle u niego. Nie żyje w celibacie, ale też żaden z jego partnerów nigdy dłużej nie pojawia się w kadrze. Można powiedzieć, że ten człowiek jest tutaj rodzajem totemu. Żywym dowodem na to, że biologiczna więź nie jest wszystkim, co może nadawać sens ludzkim relacjom.

Schemat kolejnych odcinków jest zwykle podobny. Raz ten, raz inny członek miejskiej rodziny przeżywa perypetie związane z kolejnym partnerem. Zakochuje się, próbuje coś skleić, ale partner niezmiennie okazuje się w jakiś sposób szalony i nasz bohater ponosi kolejną porażkę. A wtedy miejska rodzina go wspiera. W rzeczywistości bywa podobnie. Konfrontacja partnera ze swą rodziną miejską to kluczowa i pełna napięcia chwila. Jeśli wybrany lub wybrana stanie się członkiem tej grupy, związek zostanie uświęcony i chyba dopiero rozpad samej rodziny go może naprawdę rozerwać. Jeśli będziemy mieć życzliwy dystans, powstanie prawdopodobnie sytuacja zawieszenia. Oscylowania między wartościami grupy i więzią z nią, a tym wszystkim, czym jest życie z tym nowym partnerem. To jak zbieranie się w powietrzu energii przed ważną zmianą – wejściem w jakiś kolejny etap życia, gdzie zmieni się wszystko nie tylko w partnerskich relacjach.

Gorzej jest, jeśli pomiędzy nowym partnerem a grupą powstanie konflikt. Jeśli mamy partnera, który z tych czy innych powodów nigdy nie będzie należał do naszej miejskiej rodziny, oboje jesteśmy w dramatycznej sytuacji. Nie być zaakceptowanym przez rodziców to źle. Pewien kłopot. Ale nie być zaakceptowanym przez miejską rodzinę partnera, to albo jak od razu zafundować sobie rozwód, albo jak zapewnić sobie wdzięczny temat do dzikich awantur na cały czas trwania związku. Bo miejska rodzina jest punktem odniesienia dla najistotniejszych dla danej osoby wartości. A jeśli wspólnych wartości z partnerem nie podzielamy, kontakt między nami będzie jak kontakt między kupującymi kebaby a sprzedającymi je. Poprawny, póki robimy to, na co się umówiliśmy, ale nie spotkamy się poza tym miejscem. Oczywiście możliwa jest zmiana. Rozwijamy się i nasz system wartości, wyobrażenia o życiu, marzenia i aspiracje zmieniają się z czasem.

Kryzys rodziny (miejskiej)

Dlatego miejska rodzina nie jest wieczna. Jeśli wybieramy życie z partnerem i z nim postanawiamy genetyczną rodzinę założyć, od miejskiej rodziny oddalimy się nieuchronnie. W końcu całkiem z niej odejdziemy, bo stopniowo zmieni się wszystko. Rozpad miejskiej rodziny, odejście od niej lub zamiana jej na inną, oznacza zwykle, że pewien ważny etap w całym naszym życiu właśnie dobiegł końca i zaczyna się coś całkiem nowego. Jeśli czujemy, że z członkami naszej miejskiej rodziny nie rozmawia nam się tak jak dawniej, to znak, że jakiś cykl się dopełnił i że musimy zmienić coś w sobie, by za tym nadążyć.

Wiele znanych mi przypadków traktowanych farmakologią „depresji bez przyczyny” wiąże się właśnie z takim kryzysem miejskiej rodziny. Jej rozpadem, zmianą roli w niej danej osoby, lub konfliktem między nią a czymś innym, co dla człowieka zaczęło być ważne. Czasami ze spostrzeżeniem, że nie wszystkie potrzeby człowieka przez taką miejską rodzinę zostaną skutecznie spełnione i trzeba albo opuścić znaną i bezpieczną przestrzeń, by szukać czegoś nowego, albo pozostać w rodzinie na zawsze godząc się na częściowe niespełnienie. Zrozumienie takiego konfliktu jako elementu nieuchronnych zmian w cyklu życia wydaje się skutecznym sposobem na zmianę takiego depresyjnego nastroju. 

 

tekst: Paweł Droździak dla portalu Republika Kobiet