Porzucenie? Będą lepsi!

W sumie nie wiem jak ci to powiedzieć. To trudne. Bo naprawdę jesteś fajną dziewczyną i nic nie mogę ci zarzucić. W ogóle jest w porządku. Sporo fajnych rzeczy się wydarzyło i chcę żebyś wiedziała, że to dla mnie ważne ale...

No chodzi o to, że od dłuższego czasu czegoś mi brakuje. Jakoś się nie mogę odnaleźć. Myślę, że ty też nie bardzo, i wiesz, takie mam wrażenie, że dobrze by nam zrobiła przerwa. Muszę się nad sobą jakoś zastanowić. Nie wiem ile czasu to potrwa, ale zdaje mi się, że musimy sobie zrobić odpoczynek na jakiś czas. Nie, nie ma nikogo innego. Po prostu powinniśmy sobie przemyśleć pewne sprawy...  

Między porzuceniem, a żałobą

Między przeżywaniem porzucenia, a przeżywaniem żałoby po bliskiej osobie jest sporo ważnych podobieństw, ale chyba więcej jest różnic. W żałobie stosunek do zmarłego jest spójny. Wyjąwszy przypadki decyzji samobójczych zmarły nie przejawia raczej woli odejścia, więc jego pragnienie pozostania z nami bywa zwykle niekwestionowane. Nie znaczy to, że nie pojawia się instynktowny żal o to, że odszedł. Choć „zdrowy rozum” każe odrzucać precz takie uczucia i rzadko bywają one w pełni jawnie udziałem dorosłych, osierocone dzieci nader często pod smutkiem po stracie rodzica chowają złość na niego za to, że je pozostawił. Uczucia te, nie do końca najczęściej świadome, bywają jednym z ważniejszych filarów tworzącej się osobowości przedwcześnie osieroconej osoby, co w późniejszym życiu stwarzać może spore problemy. Generalnie jednak, w przypadku dorosłych, których relacja jest w miarę równorzędna, smutek po zmarłym wolny jest od wewnętrznych sprzeczności. Jest to po prostu smutek. Ktoś, kto był bliskim za życia, i po śmierci też bliskim zostaje.

Prawdy i mity

Z porzuceniem pod tym względem jest trudniej. Świat roi się od mitów. Na przykład o ćwiczeniach, które spalają tłuszcz tylko w okolicy mięśnia, który ćwiczy. Albo o tym, że limit karty kredytowej jest po prostu inną formą stanu posiadania. Mity tego rodzaju są nam potrzebne. Ich absurdalność wyszłaby natychmiast na jaw, gdyby je wygłaszać w ich dosłownej formie, większość ludzi nie czyni więc tego. Mamy je jednak z tyłu głowy i na ich podstawie podejmujemy wiele swych decyzji. Sposób widzenia międzyludzkich bliskich związków roi się od takich, nie wyrażanych wprost mitycznych figur.

To nasza wspólna decyzja

Jedną z nich jest opowieść o wspólnej decyzji. Oto dwie dorosłe osoby, niezależne, kompetentne i dojrzałe wzniosły się ponad mętny kocioł z psychiczną zupą swego związku i dostrzegły, że to, co robią nie ma sensu. Rozstały się więc w zgodzie jak przyjaciele. Bez rozpaczy, bez pretensji i bez rozczarowań. Racjonalnie. Obok mitu o seksie bez zobowiązań, o możności wychowania dziecka samotnie bez udziału dziadków, o dzieciach które pogodziły się z rozwodem rodziców, o wrażliwym i dojrzałym bogatym altruiście, co ma trzydzieści i pięć lat, jest świetny w łóżku, wolny, bez przeszłości i gotuje, czy o seksualnej mistrzyni świata, która nie oczekuje nic prócz tego, mit o wspólnej decyzji żyje sobie w cieniu mitu centralnego – o nieskończonych zasobach i możliwości dowolnego stwarzania siebie wciąż od nowa wiecznie.

Rzeczywistość jednak różni się od mitu. Ilość zasobów jest skończona, starzejemy się nieodwracalnie, bez dziadków najczęściej się nie da, a rozstanie oznacza ranę jak cholera. To zawsze jest asymetryczne. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, zaprzecza po prostu własnym emocjom bojąc się czegoś, co być może stać by się musiało gdyby je pokazał.

Z czego składa się ból

Głównym składnikiem bólu po rozstaniu jest wewnętrzna niespójność. Oto chcemy kogoś, kto nie chce nas. Nasze uczucie jest nieodwzajemnione. Mamy w pamięci osobę bliską, ale ona stała się daleka. Tak więc pomiędzy tym, co pamiętamy, a tym, co prezentuje się nam aktualnie, zachodzi konflikt nie do pogodzenia. Czy ta osoba jest dobra, czy zła? Jeśli zła, to co z naszymi wspomnieniami? Czy dobre rzeczy, które tak łatwo sobie przypominać mają nadal być dobre? Jeśli są dobre, to dlaczego nie trwają? Jeśli są złe, to czemu nie czujemy tego, gdy je wspominamy? Pamiętamy jakieś fantastycznie przyjemne wrażenie, ale nie możemy już używać go dla przeżywania satysfakcji. Wciąż jest w nas ono obecne, teraz jednak mówi nam już coś innego. Zamiast „świat jest fajnym miejscem” mówi nam „przyjemność jest destrukcyjna”.

Dwa wyjścia

Jednostronnie odrzuceni mamy właściwie dwa wyjścia. Możemy albo wewnętrznie odrzucić osobę, która nam pokrzyżowała nasze plany, albo wewnętrznie odrzucić siebie. Polecam to pierwsze. W stosunku do porzucającej nas osoby nieuchronnie pojawia się złość. Ponieważ jednak wciąż jakoś mamy ją wewnątrz i ciągle się z nią identyfikujemy, owa złość kierowana jest na nas. Dopiero oddzielenie tego kogoś od siebie i skierowanie frustracji wyłącznie w kierunku tej właśnie osoby prowadzić może do faktycznego zakończenia porozstaniowej żałoby. Jak można to zrobić? Dużo prościej o tym pisać, niż dokonać tego na własnym umyśle, rzecz jest jednak w granicach możliwości nas wszystkich. Koniec końców wszyscy przecież jesteśmy istotami odrębnymi. Technika sprowadza się do uświadomienia sobie, że ta ważna osoba była nam potrzebna do jakiegoś naszego życiowego planu. Spełniała jakąś potrzebę. Ta potrzeba jest naszą właściwością, niezależną od tego, czy ten ktoś istnieje czy nie. Będąc w związku mamy świadomość typu „my”. Identyfikujemy się z tym „my” bardzo silnie.

Żałoba po rozstaniu kończy się z chwilą, gdy to „my” zastąpione zostaje przez „ja”, i to co się wydarzyło zaczynamy opisywać w języku naszych własnych potrzeb i naszego własnego planu na życie. Gdy to zrobimy, szybko spostrzeżemy, że ten sam plan, lub może jakiś całkiem inny, już zmieniony, można realizować z wieloma innymi osobami i że, jakkolwiek bezdusznie by to nie zabrzmiało, ta ważna osoba była przez nas do czegoś używana. Że zatem jesteśmy odrębną, niezależną osobą i że kontynuacja planu z kimś innym jest nie tylko możliwa, ale nawet nieuchronna. Parafrazując wypowiedź bohatera filmu Cudowni Chłopcy: Będą inni. Lepsi. Zawsze tak jest.

 

tekst: Paweł Droździak dla portalu Republika Kobiet