Jak się kłócimy

Wywiad dla Rzeczpospolitej z 29.10.2010
 

Ludzie spierając się, komunikują, że coś ich uwiera. Czy jeśli partner wsłucha się w ten komunikat, to przy dobrej woli obojga kłótnia, a potem porozumienie, może związek rozwijać?

Tylko u zwierząt jeden sygnał ma jedno znaczenie. Zawsze takie samo i oczywiste. U ludzi żaden sygnał, żadne słowo i zachowanie nie ma zawsze takiego samego znaczenia. Ważne więc, jakim językiem i tonem mówimy i co przy tym robimy. Przede wszystkim – w jakim momencie i w jakim kontekście.
 

Ankietowani przez CBOS Polacy wolą, dla świętego spokoju, rezygnować z ważnych celów życiowych, by uniknąć kłótni. Dlaczego boimy się złościć?

Bo się nie nauczyliśmy. Jest taki termin psychoanalityczny: zawierać (w rozumieniu: coś się w czymś zawiera).

Kiedy dziecko się złości, kompetentny opiekun nie czuje się atakowany i nie reaguje jak na złość osoby równej sobie. Może zareagować adekwatnie, czyli stanowczo. Spokojnie i konstruktywnie. Dziecko uczy się wtedy, że dorosły może wytrzymać jego złość, że ona się mieści w świecie. I świat się nie rozpada.

Co innego, jeśli matka rozpłacze się i szlochając powie: zraniłeś swoją mamusię. Nie zawarła w sobie złości dziecka. A ono nauczyło się, że kiedy odczuwa złość, granice świata mogą puścić. Może wydarzyć się coś nieprzewidywalnego.

Podobnie bywa później między dorosłymi. Jeśli partner miota się, rzucając bezsensowne zarzuty, a ja spokojnie na niego popatrzę, postawię mu herbatę na stół i zajmę się robotą – może poczuć, że jego złość zmieściła się w związku. Jest w nim bezpieczny, akceptowany, nawet gdy się złości. Co oczywiście nie oznacza akceptacji dla samego miotania i destrukcji. I nie chodzi tu o uległość, tylko o „niekonfrontujące ” podejście.
 

Czy w kłótniach polityków chodzi o kompleksy i urażoną miłość własną? Bo że o kontrolę i władzę – wiadomo. Czy kłótnie „oficjalne” można porównywać z tymi w związkach?

Część mechanizmów jest taka sama. Ale w kłótniach polityków najważniejsza jest publiczność. To nie realni ludzie się kłócą, tylko awatary. Chodzi o to, by wykreować swój obraz, swoje „ja” i go obronić.

Gdy kłóci się para, często jest to związane z problemem z obszaru przywiązania. Ktoś może mieć trudność z jednej strony z poczuciem pochłaniania przez partnera, z drugiej – z poczuciem porzucenia. I reaguje impulsywnie na te wyimaginowane sytuacje.

Pomiędzy politykami tego nie ma. W to miejsce może się pojawiać motyw paranoidalny. U wodzów można mieć do czynienia z cyklem, w którym dzisiejszy zausznik prędzej czy później znajduje się na pozycji zdrajcy. A wódz też prędzej czy później ląduje na pozycji „tego, którego wszyscy opuścili”. Do niej w istocie dąży.

Najbardziej rozpowszechnione są dwa motywy, na których opierają się spory polityków. To z jednej strony ten narcystyczny, a z drugiej autorytarno-paranoidalny.
 

Czy kłótnie w środowisku biznesowym też wynikają z obrony „ja”? Swoich ról?

Kłótnie w biznesie rodzą się z wielkiego lęku, by nie uznano nas za słabszych od innych. Przez wiele lat w myśleniu o biznesie dominowało wyobrażenie idealnego menedżera jako kogoś twardego, nieustępliwego, wręcz agresywnego. Wszyscy szukali dynamicznych, umiejących działać pod presją, twardych negocjatorów, ludzi nieobawiających się eksponować swoich mocnych stron.

Trzeba było lat, żeby wyszło szydło z worka. Ci chorobliwie ambitni ludzie okazali się kompletnie nieodpowiedzialni. Osiągają cele, to prawda, ale nie firmy, tylko swoje – chodzi im o ekspansję i obronę „ja” bez względu na koszty.

Kryzys instytucji finansowych miał wiele przyczyn, ale jedna z nich tkwi właśnie w tej doktrynie sprzed lat: dobry menedżer to bulterier. Większość kłótni pomiędzy takimi ludźmi toczy się wokół prostej kwestii – jak nie dać się zdominować drugiemu. Sprawy firmy są tu tylko pretekstem, polem walki lub narzędziem. Ważne jest, by mi nikt nie dowiódł, że się myliłem. Bo to będzie oznaczać, że zostałem zmuszony do uległości, a ktoś inny zatriumfował.

Często słyszy się: Macie być konkurencyjni. Ale konkurencyjność to walka o to, kto siądzie na wyższej gałęzi. Jeśli ktoś dobrze się w tym czuje, to na pewno nie odpuści.

Dziś na szczęście menedżerów trochę się zmiękcza. Są szkolenia uświadamiające im emocje, także te dobre, których wcześniej bali się ujawniać. Ale wciąż nowoczesna firma jest miejscem, gdzie cały czas trzeba coś udowadniać. Od lat nikt nie mówi o biznesie, że jest solidny. Ma być dynamiczny. To niestety przekłada się na typy ludzi, których się zatrudnia. Zatrudnia się tych, którzy dobrze czują się w warunkach presji. Jak presji w firmie nie ma, to będą ją stwarzać. Przekłada się też na to, że ci, którzy nie potrzebują presji do życia, są do niej zmuszani. Czyli nie idzie się do pracy, tylko na zawody sportowe. Codziennie mistrzostwa świata. Sęk w tym, że prawdziwy sportowiec bierze udział w zawodach raz na kilka miesięcy, a przez resztę czasu spokojnie trenuje, unikając zbędnych stresów. A „zawodnik ” działu sprzedaży ma zawody każdego dnia. Gdzieś musi to odreagować. Stąd konflikty, kłótnie.
 

Konflikty eleganckie nie są, w kłótniach często się ranimy. Lekarze jednak mówią wprost: zdrowiej jest się pokłócić, niż skrywać frustracje. Na Uniwersytecie Michigan przez 17 lat obserwowano 192 pary, podzielone na cztery grupy. W jednej partnerzy otwarcie wyrażali swoją złość, w drugiej i trzeciej tylko jeden z nich, a w czwartej – żaden. Okazało się, że ci, którzy unikali rozmów o problemach i bali się okazywania niezadowolenia, narażali się na większe ryzyko wcześniejszej śmierci: 23 proc. zmarło jeszcze w trakcie badań. U pozostałych to ryzyko wynosi zaledwie 6 proc. Kłócić się czy nie?

Mniej stawiałbym na to, czy się kłócić, czy nie. Bardziej na to, by się samemu zidentyfikować: o co mi naprawdę chodzi. Dobrze jest dostosować się dynamizmem do partnera. Oczywiście na tyle, na ile to dla nas w ogóle psychologicznie możliwe. Czyli – jeśli partner jest w kłótni bardzo ekspresyjny, też postarać się swoją ekspresyjność rozwinąć. Jeśli jest stonowany, też się trochę stonować. Myślę tu o tych, którym na związku zależy, a nie o tych, którzy chcą okazać się lepsi od tego „człowieka, który nic nie rozumie, ale z którym przyszło mi żyć”.

Warto się przyjrzeć, jak formułujemy nasze prośby. Jakim językiem wyrażamy uwagi. Jeśli zaczynamy krytykę od pytania, dlaczego ktoś robi to lub tamto, wymuszamy bronienie się. To samo w sytuacji, kiedy posługujemy się nadmiernym uogólnieniem „ty zawsze, ty nigdy”.
 

To ulubiony oręż w kłótniach. I bardzo nie fair.

Klasyczne nadmierne uogólnienie: „Nie wrzuciłaś listu do skrzynki dziś, czyli nigdy nie można na ciebie liczyć w żadnej sprawie”. Z pojedynczego przypadku wnioski o nieskończonej donośności. Rozmontować to można, rozdzielając te części: „Prawdą jest, że nie wrzuciłam listu i za to przepraszam (jeśli jest powód), ale nieprawdą jest, że nigdy nie można na mnie liczyć, bo można na mnie liczyć wtedy i wtedy”.
 

Ale kto się tak elegancko kłóci! Podczas sprzeczek ludzie często nie przebierają w słowach.

To prawda. Często krytykę ubieramy w trudną do przyjęcia formę. Na przykład określając partnera: „Nie zapłaciłeś ubezpieczenia za samochód na czas, po prostu jesteś głupkiem”. Jeśli w takiej chwili będziemy kontynuować rozmowę o ubezpieczeniu, nie daj Boże próbując tłumaczyć, że ten czas był niewyraźnie określony albo mieliśmy dużo zajęć – skutki będą katastrofalne. Bo milcząco wyraziliśmy zgodę na to, by o nas mówiono, że jesteśmy głupkami. Zwrot „jesteś głupkiem” wszedł właśnie do kanonu wzajemnych kontaktów i odtąd już będzie tam siedział. Nie wolno kontynuować rozmowy na jakikolwiek inny temat, dopóki się nie załatwi sprawy „jesteś głupkiem”. Trzeba powiedzieć: „Absolutnie się nie zgadzam, byś tak do mnie mówiła; jeśli to się powtórzy, w ogóle nie będę z tobą rozmawiać”.

Dopóki druga osoba nie powie, że się zagalopowała i przeprasza, i dopóki nie zostanie ustalone, że takie zwroty są niedopuszczalne, żadna rozmowa na inny temat nie powinna się odbyć. Jeśli ktoś nazywa partnera w obraźliwy sposób, to już nie jest kłótnia, tylko przemoc.
 

Może lepiej nie wygłaszać pretensji wprost, tylko „dawać do zrozumienia”? Czy to już kłótnia?

Dawanie do zrozumienia wynika z marzenia o porozumieniu bez słów. Kiedy dziecko jest małe, nie umie się jeszcze porozumiewać, matka zazwyczaj próbuje wyczuwać jego pragnienia i realizować je, kiedy się tylko pojawiają. Niektórzy twierdzą, że w takim okresie wytwarza się w dziecku wrażenie, że matka jest jego częścią. Bo gdy ono czegoś chce, ona to odgaduje i zaraz wykonuje.

Jeśli dziecko ma trochę mniej szczęścia, trafia na matkę, która zachowuje się w ten sposób także później, kiedy ono już zna słowa. Tak jakby między ludźmi nie istniała żadna odległość. Zawsze będziesz częścią mnie, a ja ciebie i zawsze się domyślę, co dla ciebie najlepsze.

Dawanie do zrozumienia to często efekt przywiązania do takich relacji.
 

Czyli: odgadnij moje pragnienia?

Niektórzy oczekują, że druga osoba będzie wyrażać zainteresowanie nimi poprzez domyślanie się. Na przykład on ma się domyślać, że należy wyrzucić śmieci.
 

Klasyka. O co chodzi z tymi śmieciami?

Poprzez to, że mężczyzna będzie się domyślał, kobieta uzyska dowód, że on „myśli o niej”. Jeśli ona musi powiedzieć „wyrzuć śmieci”, już pojawia się w niej emocja, złość. Nie chodzi przecież o śmieci, tylko o to, żeby partner się domyślał, a przez to dawał wyraz swojemu zainteresowaniu nią.

Kiedy kobieta zaczyna demonstracyjnie upychać śmieci, to jest ostatni dzwonek dla mężczyzny, by zareagować. Kiedy jednak wciąż się nie domyśla, a ona musi wypowiedzieć te straszne słowa „wyrzuć śmieci”, ma poczucie, że „jest ze wszystkim sama”. Kłótnia jest tu nieunikniona.
 

I on tego naprawdę nie widzi?

No nie widzi. Co ciekawsze, nie ma najmniejszych szans tego świadomie zrozumieć! Bo dla niego śmieci to po prostu śmieci. „Jeśli wyniosłem, to o co chodzi? Zrobiłem to i wciąż jest źle? Czyli cokolwiek zrobię, będzie źle, tak?”. Wtedy i on zaczyna się złościć.
 

Na co?

Na jej niekonsekwencję! Ona widzi jego złość, ale także jej nie rozumie, bo cały czas mówiąc o śmieciach, w rzeczywistości mówi o uwadze dla niej.

Ale czasami mężczyzna też może stosować swoją grę. Kiedy ona upycha demonstracyjnie śmieci, on udaje, że nie wie, o co chodzi. Nie chce jej dać odczuć, że o niej myśli. Choćby dlatego, że obawia się zanadto z nią stopić.
 

Tekst wywiadu: Renata Mazurowska i Paweł Droździak dla dziennika Rzeczpospolita 29.10.2010 .