Blisko, nie za blisko - epidemia zaburzeń więzi?

Wywiad dla Rzeczpospolitej z 20.11.2009
 

Niedawno zmarły Marek Edelman, powiedział w jednej z ostatnich rozmów, że bez bliskości nie można żyć, a nawet, że nie można przeżyć.

Naukowcy się z tym zgadzają. Zgodnie z teorią przywiązania Johna Bowlby’ego potrzeba bycia w bliskiej relacji jest silną pierwotną potrzebą, a nie pochodną np. potrzeby karmienia.

W badaniach Harlowa i Lorenza na zwierzętach obserwowano małe małpy. Mając do wyboru drucianą „matkę” dającą mleko i „matkę” futrzaną, która mleka nie dawała, małpki wybierały futrzaną. Nie pokarm był najważniejszy a więź. Małpki wolały być przytulane, a nie karmione, wolały przebywać w zimnie i w hałasie, ale być dotykane, niż w dobrych warunkach, ale same.

Bowlby obserwował później dzieci i okazało się, że mogą one wytrzymać skrajnie trudne warunki fizyczne, jeśli są w bliskiej relacji z kimś dorosłym. Jeśli nie ma takiej relacji, nawet najlepsze warunki nic nie pomogą.
 

Skoro bliskość jest jedną z podstawowych potrzeb, dlaczego ludzie jej unikają? Powstają nawet książki o lęku przed bliskością.

Rzeczywiście, coraz więcej ludzi, których obserwuję i w terapii, i w życiu, jest samotnych.

Mają znajomych, pracę z której mogą się utrzymać, robią jakiś rodzaj kariery i są zupełnie sami, w tym sensie, że nie potrafią nawiązać relacji, która by zobowiązywała.
 

Nie potrafią czy nie chcą?

To jest podobne – nie potrafią, bo nie chcą, nie chcą, bo nie potrafią. Świetnie funkcjonują w systemie praca – kariera – znajomi. Natomiast jest im bardzo trudno „przywiązać się”, zobowiązać do czegoś lub wobec kogoś, np. zostać w jednej pracy dłużej niż dwa lata.

To samo w związku – gdy partner nie spełnia oczekiwań, zmienić go, nie mieć dzieci, bo to kłopot itd. Pod tym wszystkim głęboko skrywany jest lęk przed zatrzymaniem się, zanurzeniem, zobowiązaniem. Czyli lęk przed bliskością.

Obawa, że relacja bliska ogranicza, coś zabiera, krępuje. Obserwuję teraz sporo takich ludzi: mają seks, ale nie mają związku, spotykają się z kimś, ale nie jest to jakieś bliskie.

Na drugim biegunie są ludzie absolutnie zależni od relacji – wielu sprawców przemocy w rodzinie pochodzi z tej grupy. Są całkowicie uzależnieni emocjonalnie od swoich partnerów/partnerek, a wybuchy agresji czy przemocy są tak naprawdę formami obronienia się przed wyimaginowanym porzuceniem.
 

A ich partnerzy też są współuzależnieni. Jesteśmy jak ta małpka, która woli matkę niedającą mleka, ale dającą bliskość?

Jeżeli rodzic nasyca relacje z dzieckiem, zaspokaja je, to dziecko się nakarmi i pójdzie w świat, bo jest w stanie w pewnym momencie się oderwać. Jeśli natomiast rodzic oszczędnie nam wydzielał bliskość, to my się nie odzwyczaimy, nie uodpornimy, nie staniemy się niezależni – przeciwnie, stajemy się zależni.

Bardzo ważne jest, by dziecku – gdy już nauczy się poruszać – pozwolić odchodzić i wracać. Dziecko zauważa wtedy, że bliskość można regulować.

Dużo trudniej jest ją regulować, gdy matka jest za blisko lub za daleko. Jeśli dzieci bardzo wcześnie odrywane są od matek – idą do żłobków lub zajmują się nimi opiekunki, to następuje zaburzenie naturalnej relacji. Do tego dochodzi dezorientacja dziecka, kto jest głównym opiekunem. Ojciec i matka raz są, raz nie są dostępni, nie ma stałości – dziecko owszem, korzysta z opieki różnych osób, ale musi być ta jedna, centralna postać. W efekcie dochodzi do rozwoju zaburzonych wzorców więzi. Mamy wręcz epidemię takich zaburzeń.
 

Na czym one polegają?

Na podejmowaniu cały czas bardzo impulsywnych działań, aby obronić siebie przed wyimaginowanym opuszczeniem. Taka osoba ma permanentne poczucie bycia opuszczonym.

A jednocześnie, kiedy jest w relacji bliskiej, uważa, że jest zalewana, zdominowana, zawłaszczona, a nawet że ta druga osoba jest sprawcą przemocy wobec niej. Problem z bliskością często powodowany jest u takiego człowieka obawą, że gdy się otworzy, to już nic tego nie zatrzyma. Więc ma do wyboru.

Albo otworzy się całkowicie i da się pochłonąć, albo nie otworzy. I wtedy zastępuje sobie bliskość np. zakupami w galeriach lub zatraca się w alkoholu, perwersjach. Rekompensuje sobie pustkę lanserstwem, gadżetami, oryginalnym hobby, albo w pracy – np. bliskością z korporacją.
 

Korporacje zastępują bliskie relacje?

Tak, korporacje dają pseudorelacje.

Te wszystkie imprezy integracyjne mają za zadanie wytworzyć pseudobliskość, związać z firmą. Potem do gabinetów terapeutów zgłaszają się ludzie, którzy jedyną relację, jaką mają, mają z firmą i okazuje się, że 10 czy 15 lat poświęcili np. idei sprzedaży krzeseł. A prawdziwy związek leży kompletnie, dzieci nie poznają ojca. Instynkt został oszukany pseudoideą więzi, o czym „sprzedawca krzeseł” zorientował się po 15 latach.

Ludzie, z potrzeby bliskości i tworzenia więzi, garną się do różnych organizacji, korporacji czy sekt, gdzie mogą „związać się” z czymkolwiek stałym. No i są „w relacji” ze swoim długiem na spłacenie domu i miejscem pracy, w którym zarobki tę spłatę umożliwiają. Człowiek nie jest w stanie funkcjonować bez relacji. Nawet do buddyjskich mnichów na trzyletnich odosobnieniach raz na jakiś czas ktoś zagląda – a to z jedzeniem, a to po nauki. Relacja jest potrzebna, żeby człowiek się nie rozpadł.
 

Relacja jest najważniejsza w każdych warunkach, a w ekstremalnych najbardziej?

Najgorsza jest obojętność. Można to zaobserwować również w zachowaniach więźniów. Najgorszą karą, którą więźniowie wzajemnie mogą sobie wyznaczyć, jest „pozbawienie duszy”. Polega to na tym, że przestaje się współwięźnia zauważać. Ignoruje się go, pomija, traktuje jak powietrze. I to jest gorsze od pobicia, poniżenia czy gwałtu.

Pozostawanie w relacji jest najbardziej pierwotną z potrzeb. Można ją różnie realizować, niekoniecznie czułością, np. karą. Dziecko psoci, bo takie jest zamówienie rodziców – woli dostać klapsa, poprzez który wyrażona jest uwaga tych rodziców, niż być niezauważone. Dlatego ignorowane dzieci często psocą – ból jest mniej dotkliwy niż obojętność. Bicie, choć karygodne, jest jakąś formą relacji.

Bo może gorsze dla tego dziecka wcale nie będzie bicie, lecz to, gdy rodzic powie „ja nie chcę takiego niedobrego dziecka”, „ty chyba nie jesteś moją córką, bo moja byłaby grzeczna”. Żadna kara nie zrobi dziecku takiej krzywdy jak takie odrzucenie, bo to jest zerwanie relacji.
 

Rodzice mogą „załatwić” dziecko na resztę życia?

Bez jednego uderzenia.
 

Jak bardzo ludzie bronią się przed zerwaniem relacji?

Jest ostatnio takie modne pojęcie: stalking (ang. podkradanie się, podchodzenie). To długotrwałe narzucanie komuś swojej obecności. Nieprzyjmowanie zerwania do wiadomości i zatruwanie komuś życia, choć ten ktoś nie chce mieć z nękaczem nic wspólnego.

Nękacze wyrastają często właśnie z takich dzieci, na które nie zwracano uwagi. Dla nękacza nieistotny jest rodzaj uwagi, jaką mu się poświęca. Nachodzi wciąż swoją ofiarę, bo wywołuje w niej potrzebne mu emocje. Pisze listy – nękana osoba nie odpowiada, wysyła esemesy – nie odpowiada. W końcu pisze: „Słuchaj, ja już rozumiem, że ty nie chcesz ze mną rozmawiać, tylko proszę cię, napisz mi to wyraźnie, ja się wtedy odczepię”. I dostaje esemesa: „Odczep się ode mnie, niszczysz mi życie”. A nękacz w ten sposób dostaje wzmocnienie, więc znów pisze: „Wiedziałem, że tak jest, ale powiedz, dlaczego?”. Będzie przekonany, że to jest mocna więź, bo on wciąż wywołuje u niej emocje, ma jej uwagę.

To też rodzaj realizowania bliskości. Nie zapominajmy, że to pierwotna potrzeba więzi. Nękacz naprawdę zaburzony nie kalkuluje zysków i strat w sposób racjonalny, tak jak nie kalkuluje ich małe dziecko.
 

Skoro bliskość realizuje się na różnych poziomach u różnych osób, czasem w sposób daleki od powszechnie rozumianej bliskości, to nie można jej chyba jednoznacznie zdefiniować?

To co można zdefiniować w bliskości to to, że drugi obiekt jest. Wiele osób istnieje tylko poprzez kogoś. Są kultury kolektywne i są indywidualistyczne. W tych ostatnich jest więcej ludzi samotnych – tym się charakteryzuje m.in. kultura zachodnia. Natomiast w krajach wschodnich, np. w dalekiej Azji, ludzie definiują się poprzez to, kim są dla innych. W relacji rodzinnej, w hierarchii plemiennej itd.
 

Są tacy, którzy głoszą, że nie można osiągnąć prawdziwej bliskości, jeśli nie otworzymy się i nie poddamy na 100 procent. Granice chyba jednak są potrzebne, żeby się nie zatracić? Można przecież zniknąć, jak anorektyczki, które dosłownie znikają, będąc przeciwko bliskości.

Znikają, próbując się oddzielić. Poczucie tożsamości oczywiście jest bardzo ważne. Jego przejawy widoczne są coraz wyraźniej. W naszej kulturze kobieta zazwyczaj przyjmuje nazwisko męża, co w jakiś sposób jest pozbawianiem się tożsamości, zlewaniem się, stawaniem się częścią tej drugiej osoby. Myślę, że nieprzypadkowo coraz częściej kobiety mają nazwiska podwójne – swoje i męża. To próba podkreślenia tej odrębności. Jesteśmy razem, ale nie jesteśmy zlani w jedno. Wciąż mamy jakąś własną część.
 

To może najważniejsza jest bliskość nas samych ze sobą?

Czyli z kim? W chińskich więzieniach łamie się ludzi w powolnym procesie zmieniania tego, z czym się utożsamiają. Zmiana tożsamości, adresu, nazwiska pociąga za sobą zmianę osobowości, zatem co to znaczy być w bliskości ze sobą? Jeśli zniszczymy, zmienimy ten najważniejszy konstrukt oznaczający „ja”, trudno mówić o bliskości ze sobą, bo czym jest wtedy „ja”?

Musimy wiedzieć, czy najważniejsze jest, że jestem profesorem, dyrektorem czy dziadkiem Marysi.

Jeżeli ma się jakiś silny konstrukt, z którym można się utożsamiać – to znakomicie. Tylko trzeba uważać, bo jeśli najsilniejszym konstruktem jest bycie np. czyjąś żoną, to jeśli nastąpi rozwód, może się rozpaść osobowość.
 

Bo paradoksalnie: bliskość, która ma nam dać poczucie bezpieczeństwa, może nam je też odebrać... Czyli blisko, ale nie za blisko?

Potrzeba bliskości jest silniejsza od potrzeby fizycznego bezpieczeństwa. Bywa, że uciekamy w bliskość lub pseudobliskość w sytuacjach ekstremalnych, także ze strachu przed śmiercią. W czasie Rewolucji Francuskiej ludzi przeznaczonych do ścięcia gromadzono w wielkich salach i tam czekali na swoją kolej. Co robili, czekając na śmierć? Uprawiali seks.
 

Słyszałam, że ludzie wiezieni do obozów koncentracyjnych, w wagonach pełnych ludzi, też się kochali.

W poczuciu zagrożenia gromadzimy się, próbujemy zbliżyć do siebie, jak tylko się da, by nie być samemu w obliczu czegoś trudnego czy ostatecznego. Ludzie chcą dzielić ze sobą stres. Dzielić się sobą. Okazuje się, że jest to najtrudniejsze, a coraz częściej niewykonalne w sytuacjach zwyczajnych. W codziennym życiu po prostu.

 

Tekst wywiadu: Renata Mazurowska i Paweł Droździak dla dziennika Rzeczpospolita 20.11.2009 .